Ochotnicy z Beska gaszą jak z nut i grają ogniście
Czy w ochotniczej straży pożarnej może coś nie zagrać? Na pewno nie w Besku w powiecie sanockim. Tamtejsi ochotnicy to zgrana drużyna – w przenośni i dosłownie.
Beska ochotnicza straż pożarna powstała w 1893 roku.
W straży służą dziś wnuki i prawnuki założycieli, ale wielu z druhów to przyjezdni. Zdaniem Jana Jaślara, prezesa straży, dowodzi to jedynie niezwykłości zjawiska, jakim są ochotnicze straże. Idea solidarności i niesienia dobrowolnie pomocy drugiemu w potrzebie ma niezwykłą moc przyciągania. I sprawia, że znikają podziały.
Mamy w drużynie kobiety, także jeżdżące do akcji, ale panie częściej działają w innych sekcjach, na przykład kulinarnej opowiada Jan Jaślar.
Pierwszą straż utworzono z inicjatywy właściciela miejscowego dworu. Dysponował końmi, które potrzebne były do holowania sikawki – tej samej, która dziś stanowi cenny eksponat. W roku mają około 50 wyjazdów, średnio jeden w tygodniu. Jeżdżą, jak większość, głównie do wypadków, bo Besko leży przy drodze krajowej. Na szczęście od kilku lat nie było tam wypadku śmiertelnego.
Najtrudniej jest, kiedy ktoś ginie, ale nie ma wtedy miejsca na psychiczne załamanie. Ratujemy i okazuje się, że ceni się nas na równi z zawodowcami. To bardzo ważne dla ochotników — opowiada prezes Jan Jaślar.
Gaszenie pożarów i ratownictwo techniczne to niejedyna działalność beskich druhów. Wyjątkowość tej straży to istnienie drugiej, równie zgranej drużyny — orkiestry dętej. Jej historia liczy sobie niewiele mniej lat niż straż, choć oficjalnie za moment
powstania przyjmuje się rok 1950. Dziś orkiestrę prowadzi wnuk byłego wieloletniego prezesa straży.
Członkowie orkiestry są jednocześnie czynnymi członkami straży. To się nie kłóci, jest harmonia w tym wszystkim. Raz próby orkiestry, a raz wyjazdy do akcji — wszystko to odbywa się w remizie. Kiedyś nasz komendant powiedział, że członkowie straży to jedna wielka rodzina i miał rację. Bo ci ludzie przychodzą bezinteresownie, poświęcają swój czas i ten fenomen trwa u nas już ponad 120 lat. Kilka dni temu odwoziłem żonę do pracy. Wichura powaliła drzewo. Włączyliśmy alarm i po trzech minutach było sześciu druhów. Zona pierwszy raz była świadkiem takiej sytuacji i spytała: „Skąd to się bierze? Przecież oni wszyscy mają rodziny, obowiązki, pracę, szkołę”. A ja na to, że to się dzieje samo z siebie. Włącza się syrena i biegnie się na ratunek ludziom. Tak robimy od pokoleń — mówi z radością i dumą Jan Jaślar.
Flety proste i poprzeczne, trąbki, klarnety i saksofony to nie wszystko. Straż ma jeszcze dwie drużyny mażoretek, czyli dziewcząt, które w odświętnych strojach idą przed orkiestrą i wykonują ewolucje i układy taneczne.
Bescy ochotnicy i ochotniczki gaszą, grają, tańczą… i dają krew i szpik. W dawstwo zaangażowane są całe rodziny.
Co martwi ochotników? Duża rotacja. Dopiero co wyszkoleni „uciekają” na studia albo do pracy za granicę. A czego OSP w Besku życzyłaby wszystkim ochotnikom i ochotniczkom w Polsce?
Tylu powrotów, ile wyjazdów — to zwyczajowe życzenia strażackie. Ale też żeby nie mieli problemów z wyposażeniem, dobrych warunków lokalowych i zdrowia, zdrowia, zdrowia. A ja jeszcze życzę strażakom, żeby ich rodziny dalej były tak wyrozumiałe, jak dotąd. Dla tej ich ciągłej nieobecności. Bo wiemy, że wtedy wiele obowiązków muszą przejąć za nas matki, żony, siostry — podsumowuje Jan Jaślar.
Karolina KASPEREK




